Po pierwszym meczu, przegranym 0:3 w Białymstoku, niemal nikt nie wierzył, że „Jaga” jest w stanie podjąć rękawicę. Nawet najwięksi optymiści zakładali co najwyżej godne pożegnanie z Europą. Tymczasem we Florencji wydarzyło się coś, co pachniało romantyzmem dawnych polskich remontad.
Hat-trick, który wstrząsnął Artemio Franchi
Jeśli ktoś wczoraj nie znał nazwiska Bartosza Mazurka, to dziś już zna je cała Polska. 19‑letni wychowanek Jagiellonii zrobił coś absolutnie niewiarygodnego. Ustrzelił hat‑tricka na stadionie Fiorentiny, dając swojej drużynie wynik 0:3. Doprowadziło to do dogrywki, wlewając nadzieję w serca kibiców z Białegostoku, o którą przed meczem było nieziemsko trudno.
To była historia jak z młodzieżowej powieści futbolowej:
- chłopak z akademii,
- pierwszy wielki europejski wyjazd w fazie play-off,
- presja, która mogłaby zmiażdżyć doświadczonych piłkarzy,
- a on… gra jakby Florencja była jego podwórkiem przy blokowiskach.

Po trzecim golu Mazurka na stadionie zapanowała cisza – ten rodzaj ciszy, który jest najlepszym komplementem dla drużyny przyjezdnej. W prasie włoskiej nie brakuje nad zachwytów nad młodym Polakiem. Nie brakuje nawiązań nawet do wielkiego Cristiano Ronaldo, co mówi samo za siebie.
Po meczu #Fiorentina–#Jagiellonia. „#Mazurek przebiera się za CR7 i strzela 3 gole w mniej niż godzinę, podtrzymując przy życiu marzenia o awansie. Schodzi z boiska wycieńczony, ale oklaskiwany”. #włoskarobota pic.twitter.com/5rc1SYax75
— Marcin Nowomiejski (@mnowo8) February 27, 2026
Dogrywka Jagiellonii: pełna nadziei i brutalnej rzeczywistości
Kiedy sędzia zgwizdał po 90 minutach gry, a wynik brzmiał 0:3, każdy kibic w Polsce miał to samo skojarzenie: „To jest ten wieczór”. Niestety, marzenia mają w zwyczaju trwać krócej, niż byśmy chcieli. W drugiej połowie dogrywki Fiorentina strzeliła dwie bramki, odwracając to, co miało być jedną z najbardziej filmowych nocy w historii polskich klubów.
Jaga walczyła, ale sił i chłodnej głowy wystarczyło tylko do końcówki. Wtedy jednak przyszła piękna, choć symboliczna nagroda – w 118. minucie Jesus Imaz, od lat jedno z serc drużyny z Podlasia, strzelił bramkę na 2:4. Gol, który nic nie zmienił, a jednocześnie zmienił wszystko. Pokazał, że Jagiellonia nie składała broni do samego końca.
Nie każdy występ polskich drużyn bywał gorzki
Polskie drużyny są znane nie tylko z europejskich rozczarowań. W naszym „portfolio” są również wieczory, które dodawały nadziei i przez lata budowały przekonanie, że w pucharach naprawdę możemy walczyć z lepszymi. Raz były to odwrócone losy dwumeczów, innym razem pościgi zakończone tuż przed metą. Jednak wszystkie te mecze miały jedną wspólną cechę – pokazywały, że polski futbol potrafi wyjść poza swoje ograniczenia i zagrać ponad własny pułap.
Widzew – Juventus 1980/81: remontada, od której wszystko się zaczęło
Jeśli mówimy o wielkich polskich powrotach, to Widzew Łódź z sezonu 1980/81 jest absolutnym fundamentem tej narracji. To była epoka bez marketingu, analityki i nowoczesnych metod treningowych. Zostawały tylko serce, charakter i nieustępliwość. A Widzew miał ich wtedy więcej niż wszystkie polskie kluby razem wzięte. Pierwszy mecz w Turynie zakończył się porażką 1:3. Dla większości europejskich drużyn taki rezultat oznaczał koniec marzeń, zwłaszcza przeciwko potędze, jaką był Juventus. Włosi mieli gwiazdy, budżet i doświadczenie. Widzew miał… przekonanie, że u siebie może pokonać każdego.
Rewanż w Łodzi był zupełnie inną historią. Widzew zagrał jak drużyna, która nie przyjmuje do wiadomości koncepcji „niemożliwe”. Łodzianie wygrali 3:1, odrobili straty, a stadion wydawał się pękać od emocji, które narastały z każdą minutą. Ten wynik doprowadził do serii rzutów karnych, a tam Widzew pokazał coś, co później stało się symbolem polskiej piłki: trzeba mieć odwagę, kiedy najwięksi zaczynają się bać. W konkursie jedenastek Widzew był lepszy. Wyeliminował wielki Juventus w II rundzie Pucharu Europy i sprawił, że Europa przetarła oczy ze zdumienia. To właśnie wtedy narodziło się przekonanie, że polskie kluby mogą dokonywać rzeczy pozornie nierealnych.
42 lata temu (22 października 1980) podczas rozgrywanego w Łodzi meczu 1/16 Pucharu UEFA, Widzew Łódź pokonał Juventus Turyn 3:1 (bramki: Grębosz, Pięta i Smolarek). pic.twitter.com/NuMIPZzpE5
— Nostalgia (@lata8290) October 22, 2022
Lech Poznań – Austria Wiedeń (Puchar UEFA 2008/2009)
W tamtym sezonie Lech stworzył jedną z bardziej efektownych polskich remontad XXI wieku. Pierwszy mecz w Wiedniu zakończył się porażką 1:2, co zostawiało „Kolejorza” w trudnej sytuacji przed rewanżem. Jednak w Poznaniu drużyna Franciszka Smudy zagrała ofensywnie, agresywnie i jak to bywało w europejskich wieczorach przy Bułgarskiej – z wyjątkową energią trybun. Lech wygrał 4:2, łącznym wynikiem 5:4 awansował. Pokazał, że polski klub potrafi odrobić stratę z pierwszego meczu, kiedy tylko gra na swoich warunkach.
To spotkanie do dziś jest wspominane jako jeden z większych popisów Lecha Poznań na arenie międzynarodowej w XXI wieku.
📅 On this day… Lech 🆚 Austria Wiedeń – piękny to był dzień.
Panowie, dziś też wygrajmy! 🔵⚪️ pic.twitter.com/iLNpSw5uvK
— Lech Poznań (@LechPoznan) October 2, 2025
Legia Warszawa – Spartak Moskwa (Liga Europy 2011/2012)
Nie była to klasyczna remontada, w której Legia musiała odrabiać niekorzystny wynik z pierwszego spotkania. Co prawda, wynik był remisowy, natomiast strzelone wówczas bramki na wyjeździe Spartaka stawiały ich w lepszym położeniu przed rewanżem. W pierwszym meczu w Warszawie padło 2:2 . W rewanżu w Moskwie sytuacja wydawała się tragiczna już po kilkunastu minutach, gdy Rosjanie prowadzili 2:0. Legia jednak nie pękła i pokazała swój wojskowy charakter. Najpierw doprowadziła do 2:2, a w końcówce zdobyła bramkę na 2:3, kończąc dwumecz wynikiem 5:4 i eliminując faworyzowany Spartak na jego terenie.
To był wieczór, w którym warszawska drużyna pokazała, że potrafi wrócić z piłkarskiego „nie ma nas już”, i odwrócić losy rywalizacji w sytuacji granicznej. Ów dwumecz nie tylko dał awans stołecznej drużynie, ale też odcisnęła piętno na europejskiej reputacji Legii.
In 2011 Legia Warsaw played 🆚 Spartak Moskwa and won 3:2 🏆Therefore, we qualified for the group stage of UEFA Europa League for the first time ever 🤩#LegiaWarsaw #UnforgettableGame #Throwback pic.twitter.com/538BVKbueI
— Legia Warsaw (@LegiaWarsawEN) April 16, 2020
Mecze, gdy brakowało niewiele
Wisła Kraków – Panathinaikos (prawie cud)
Pierwszy mecz w Atenach w 2005 roku zakończył się porażką 1:4, więc Wisła jechała na rewanż bez wielkich oczekiwań. W Krakowie wydarzyło się jednak coś więcej niż tylko „honorowy mecz”. Wisła wygrała 3:1, była żywa, agresywna i o włos od dogrywki. Zabrakło jednej bramki, aby odwrócić dwumecz i wyeliminować faworyta.
Legia Warszawa – Celtic Glasgow (sportowy awans, formalna katastrofa)
Legia dominowała sportowo, jak rzadko który polski klub. W Warszawie wygrała 4:1, a w Glasgow zdemolowała Celtic 6:1, kończąc dwumecz w sposób absolutnie zasłużony. Jednak wejście niezgłoszonego Bartosza Bereszyńskiego oznaczało walkower 0:3, który przy łącznym wyniku 4:4 dał awans Szkotom dzięki bramce wyjazdowej. To jedno z najbardziej bolesnych doświadczeń Legii w historii występów w Europie wydarzyło się w 2014 roku.